Każdy czasem odkrywa swoje pasje w najmniej oczekiwanym i potrzebnym momencie, bo nagle dowiaduje się, że zupełnie nie ma czasu ani możliwości ich rozwijać. I tak oto, zamiast rozwiązywać tegoroczną maturę z matematyki, którą muszę jutro przynieść do szkoły, siedzę i gram w czołgi... Tak, dokładnie, w czołgi. Owszem, nie przeczę, gra jest bardzo wciągająca i dobrze przygotowana, ale ja naprawdę powinnam zająć się czymś innym. Tylko, że nie byłabym sobą, gdybym robiła wszystko, co do mnie należy. Zgodnie z moim mottem życiowym "co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro". I nie ma znaczenia, że praktykując taki, a nie inny tryb życia nie oszczędzam sobie mnóstwa stresu i przekleństw. Przekleństw głównie na siebie, że była tak głupia i wcześniej olałam daną rzecz. Tak już było z PO, geografią, polskim i jeszcze kilkoma sprawami. Przy tym, należy o tym wspomnieć, jestem niepoprawnym szczęściarzem. Mimo odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę rzadko kiedy ponoszę jakiekolwiek konsekwencje. Przyniosę zadanie dzień później - nic, nie przygotuję lekcji na PO - odwołają lekcję, a następną będziemy mieć dopiero za miesiąc, zapomnę zrobić prezentacji - poprzednia osoba zajmie swoją 45 minut zamiast 15. Osobiście, gdybym znała kogoś takiego jak ja, czekałabym tylko aż powinie mi się noga. A potem śmiała w najlepsze wdzięczna, że wreszcie moja ciężka praca została nagrodzona, a moja... jej... (chyba się trochę pogubiłam). W każdym razie, chyba wiadomo, o co chodzi. Pointa jest taka, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Toż to tylko ślepy los sprawił, że poznałam ludzi za których dzisiaj dałabym się zabić (chciałam powiedzieć obedrzeć ze skóry, ale to znacznie bardziej mnie przeraża i nie wiem, czy byłabym gotowa do takiego poświęcenia). A najwięcej szczęścia jest w tym, że te wszystkie osoby uważają mnie za człowieka wartościowego. Pewnie nigdy ich nie zrozumiem, nie znam innej osoby z tak wieloma wadami jak ja. Dobra, pewnie dlatego, że siebie znam najlepiej, ale to przemilczmy, bo nie mogłabym w spokoju zaniżać swojego poczucia własnej wartości.
W zasadzie to już zapomniałam, o czym chciałam pisać... Zaczęłam od czołgów, więc może i na nich zakończę? Tylko, że nie wiem, co miałabym niby o nich powiedzieć, bo żadnym specjalistą w tej dziedzinie nie jestem. Już prędzej opowiem o wojnie stuletniej, a tam czołgów niestety nie używano. Za to łuki owszem. Angielscy łucznicy w zasadzie zapewniali swojemu krajowi przewagę przez większość czasu trwania konfliktu. Przynajmniej, jeśli czegoś nie pomyliłam, ale jestem prawie pewna, że ostatecznie wygrała Francja, czyli Anglia musiała prowadzić na początku. Tylko nie pytajcie o daty, sporo już zapomniałam.
Miałam zakończyć czołgami, a opowiedziałam o wojnie stuletniej. Może na dzisiaj skończę? Takiego chaosu nie widziałam już dawno. Bardzo dawno. Mam nadzieję, ze nie czyta tego żaden psychiatra ani psycholog, bo jeśli tak, to niedługo skończę w pokoju i z pełnym zdumieniem zapytam się:
- A czemu tu nie ma klamek?