piątek, 24 maja 2013

Nie rozumiem ludzi. Nie potrafię pojąć moim umysłem ich toku rozumowania. Może nie wszystkich, ale zaskakująco wielu. Skłania mnie to do refleksji, czy to ja jestem nienormalna, czy raczej na odwrót. Z tym pierwszym potrafię się jeszcze pogodzić, ale drugie mnie przeraża. Jedną osobę, zwłaszcza moją skromną osobę, ten świat przeżyje, ale takich rzeszy, takich tłumów może już nie znieść. Więc jeśli ktoś uprze się przy stwierdzeniu, że ze mną wszystko gra, zacznę opowiadać się za jakąś wojną atomową albo będę mocna trzymać kciuki za asteroidy, żeby w końcu trafiły w tę niedorobioną planetę.

W następnym akapicie wyjaśnię, skąd biorą się moje niewesołe przemyślenia. Nic bardziej prostego. Otóż chodzę do szkoły. To dość ciekawe miejsce, w którym można spotkać (nie wiem czy to odpowiednie słowo) intrygujące osoby. Niektóre naprawdę mówią tak, że chętnie się ich słucha, inni niestety nie mówią nic, część niestety mówi coś, a spora część pewnie byłaby chętnie wysłuchana przez psychiatrę. A przynajmniej ja bym ich tam wysłała. W kaftanie byłoby im do twarzy. Chociaż knebel również sprawdziłby się nieźle. Niedawno mieliśmy zastępstwo. Jak to bywa podczas matur, nauczyciela nie było. Z tego też powodu spotkała nas wątpliwa przyjemność poznania innych sposobów nauczania niż te dotychczas nam już znane. A że akurat omawialiśmy "Zbrodnię i karę" temat mniej więcej brzmiał - "dyskusje na temat zbrodni". Początkowo nic specjalnego się nie działo, więc w spokoju mogłam robić zadanie z chemii. Potem jednak dziwnym trafem temat zmienił się na eutanazję. W zasadzie nie wiem do końca, jak od Raskolnikowa doszliśmy do takiego wątku, niemniej jakoś się nam to udało. I tutaj nasza dyskusja zamieniła się w coś, co naprawdę ciężko nazwać. My, młodzi, siedmnasto/osiemnastoletni ludzie stanęliśmy, przynajmniej w większości, po stronie zwolenników eutanazji. Pierwszy argument przeciwko był w miarę rozsądny, obciążanie kogoś swoją śmiercią. Może jeszcze wspomnę, że wszyscy mówili o sytuacji, kiedy sami prosimy o to, by pozbawiono nas życia. Uważam, że jeśli człowiekowi nie da się już pomóc możemy mu chociaż zapewnić godną, bezbolesną śmierć, jeżeli takie jest jego życzenie. Jak wspomniałam, powyższy kontrargument wydał mi się niepozbawiony sensu. Jednak lekarz może przecież odmówić. Skoro się zgadza, to nie powinniśmy chyba odczuwać wyrzutów sumienia, raczej wdzięczność. Nie każdy patrzy na tę sprawę w taki sam sposób. Można to postrzegać jako skrócenie cierpienia, nie tylko odebranie komuś życia. I wcale nie trzeba być socjopatą, by tak uważać. A do takiego wniosku doszła nauczycielka. Później było coś jeszcze o zabawie w Boga (stwierdzenie, że ateiści niekoniecznie muszą się tym przejmować przeszło bez echa), zabijaniu starych ludzi i matek w depresji poporodowej. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie sugerowałby duszenia kobiet pępowiną, bo są w depresji. Pominęłam tu zupełnie aspekt prawny. We wszystkich cywilizowanych krajach osoba, która prosi o eutanazję musi zostać przebadana przez przynajmniej dwóch niezależnych psychiatrów, potem zebranie komisji lekarskiej, która podejmuje ostateczną decyzję. To nie jest wizyta na pobieraniu krwi - igła, strzykawka, pięć minut i po wszystkim. Nie spłycajmy tego tematu. Nie wyolbrzymiajmy. A na koniec, skoro sami zaczynamy dyskusję na dany temat, nie traktujmy naszych rozmówców jako gorszych. A niestety tak było. Nie mogliśmy mieć racji, bo byliśmy tylko uczniami

Sytuacji jak ta powyżej jest mnóstwo. Tylko szczególnie boli fakt, że dzieją się w szkole. W miejscu, gdzie powinniśmy się uczyć samodzielnie oceniać wiele spraw, wyrabiać własne zdanie, szanować poglądy innych, a jednocześnie dyskutować o nich. A my spotykamy się wręcz z pogardą i dyskryminacją z racji odmiennego, ale własnego, zdania. A potem wielkie zdziwienie, że w co drugiej ankiecie odpowiedź "Nie wiem" zostaje wytypowana przez prawie połowę pytanych. Uczniowie zaś dalej, czy im się to podoba, czy nie, mają głowy napychane poglądami nauczycieli, bo ich własne opinie osoby uczące mają głęboko w poważaniu.

poniedziałek, 20 maja 2013

Każdy czasem odkrywa swoje pasje w najmniej oczekiwanym i potrzebnym momencie, bo nagle dowiaduje się, że zupełnie nie ma czasu ani możliwości ich rozwijać. I tak oto, zamiast rozwiązywać tegoroczną maturę z matematyki, którą muszę jutro przynieść do szkoły, siedzę i gram w czołgi... Tak, dokładnie, w czołgi. Owszem, nie przeczę, gra jest bardzo wciągająca i dobrze przygotowana, ale ja naprawdę powinnam zająć się czymś innym. Tylko, że nie byłabym sobą, gdybym robiła wszystko, co do mnie należy. Zgodnie z moim mottem życiowym "co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro". I nie ma znaczenia, że praktykując taki, a nie inny tryb życia nie oszczędzam sobie mnóstwa stresu i przekleństw. Przekleństw głównie na siebie, że była tak głupia i wcześniej olałam daną rzecz. Tak już było z PO, geografią, polskim i jeszcze kilkoma sprawami. Przy tym, należy o tym wspomnieć, jestem niepoprawnym szczęściarzem. Mimo odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę rzadko kiedy ponoszę jakiekolwiek konsekwencje. Przyniosę zadanie dzień później - nic, nie przygotuję lekcji na PO - odwołają lekcję, a następną będziemy mieć dopiero za miesiąc, zapomnę zrobić prezentacji - poprzednia osoba zajmie swoją 45 minut zamiast 15. Osobiście, gdybym znała kogoś takiego jak ja, czekałabym tylko aż powinie mi się noga. A potem śmiała w najlepsze wdzięczna, że wreszcie moja ciężka praca została nagrodzona, a moja... jej... (chyba się trochę pogubiłam). W każdym razie, chyba wiadomo, o co chodzi. Pointa jest taka, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Toż to tylko ślepy los sprawił, że poznałam ludzi za których dzisiaj dałabym się zabić (chciałam powiedzieć obedrzeć ze skóry, ale to znacznie bardziej mnie przeraża i nie wiem, czy byłabym gotowa do takiego poświęcenia). A najwięcej szczęścia jest w tym, że te wszystkie osoby uważają mnie za człowieka wartościowego. Pewnie nigdy ich nie zrozumiem, nie znam innej osoby z tak wieloma wadami jak ja. Dobra, pewnie dlatego, że siebie znam najlepiej, ale to przemilczmy, bo nie mogłabym w spokoju zaniżać swojego poczucia własnej wartości.

W zasadzie to już zapomniałam, o czym chciałam pisać... Zaczęłam od czołgów, więc może i na nich zakończę? Tylko, że nie wiem, co miałabym niby o nich powiedzieć, bo żadnym specjalistą w tej dziedzinie nie jestem. Już prędzej opowiem o wojnie stuletniej, a tam czołgów niestety nie używano. Za to łuki owszem. Angielscy łucznicy w zasadzie zapewniali swojemu krajowi przewagę przez większość czasu trwania konfliktu. Przynajmniej, jeśli czegoś nie pomyliłam, ale jestem prawie pewna, że ostatecznie wygrała Francja, czyli Anglia musiała prowadzić na początku. Tylko nie pytajcie o daty, sporo już zapomniałam.

Miałam zakończyć czołgami, a opowiedziałam o wojnie stuletniej. Może na dzisiaj skończę? Takiego chaosu nie widziałam już dawno. Bardzo dawno. Mam nadzieję, ze nie czyta tego żaden psychiatra ani psycholog, bo jeśli tak, to niedługo skończę w pokoju i z pełnym zdumieniem zapytam się:
- A czemu tu nie ma klamek?